Jak być Mariuszem, agentem PZU?

Normalnie może i machnęlibyśmy ręką, ale skoro Skarb Państwa nadal ma udziały w PZU, no to kurczę – teoretycznie (mocno teoretycznie) to też Wasza firma. Zróbcie coś z tym. 

Dotychczas nasze spotkania z pracownikami PZU ograniczały się głównie do sali sądowej (garowało się trochę w ubezpieczeniówce – nic ciekawego, dużo łez i urwanych kończyn). Średnia wieku radcy prawnego pracującego dla PZU – 80 lat. Typowa rozprawa: powód zeznaje, że potknął się na chodniku, złamał nogę, żona go rzuciła, Marcin Gortat odjechał jego samochodem w kierunku Otwocka, koty się z niego śmieją, metalowe pręty w kolanie zakłócają mu sygnał WiFI, erekcji nie było chyba ze trzy miesiące, biedna sędzina już sama nie wie gdzie patrzeć, CHYBA SIĘ MODLI.

A radca PZU twardo najpierw dłubie w nosie, potem grzebie w aktóweczce, wyciąga jakieś zawiniątko, rozpakowuje, robi minę pt. „bleee, z pasztetem”, chowa z powrotem, zauważa, że ma togę tył na przód, próbuje ją obrócić, potem gapi się w okno, na 30 minut gubi łączność z bazą, w końcu szturcha go protokolantka czy chciałby może coś dodać, zadać jakieś pytania, no to przychodzi mu do głowy tylko „gdzie są kluczyki od czołgu?”. No generalnie powstała wtedy jedna z fundamentalnych tez Jak Żyć – jeśli masz problemy z ubezpieczycielem to zawsze, ale to zawsze idź z nim do sądu.

Ostatnio musieliśmy porobić trochę ubezpieczeń, zdecydowaliśmy się wybrać naszego krajowego giganta, bo patriotyzm jest w nas silny, był akurat pod ręką, a poza tym – jakby coś poszło nie tak – no to w sądzie powinien być luzik. Oczywiście nie można tak po prostu wejść sobie z ulicy jak do fryzjera, trzeba zostawić numer na stronie internetowej i po kilku dniach oddzwania do was agent.

Tak poznaliśmy Pana Mariusza, który nie tyle jest bohaterem tej notki, co przyznajemy mu honorowy patronat medialny nad blogiem do końca roku. Nazywamy go Panem Mariuszem, bo tak miał właśnie na imię, ale nieprzypadkowo oddaje to też pewien stan jego umysłu. Swój pierwszy telefon Mariusz wykonał następnego dnia o 5:50 rano. Ponieważ Kuba nie odebrał, Mariusz wyciągnął z tego jedyny słuszny wniosek i pomiędzy 6:00 a 7:00 zadzwonił jeszcze czternaście razy. My mamy taką zasadę, że do nas dzwoni się między 14.00 a 20.00 albo wcale, w innych godzinach albo śpimy, albo jesteśmy zbyt pijani żeby podejść do telefonu. Wychowaliśmy tak sobie wszystkich znajomych i współpracowników, a nawet kilku prezesów i jednego wiceministra. Ale nie Mariusza, o nie.

Wygooglowaliśmy numer, no jak byk Mariusz Pzuski, Agent Ubezpieczeń, Pardałówka Mała. Tak nas wkurwił, że potem Kuba nie odbierał jeszcze przez kilka kolejnych dni, łącznie koło 80 połączeń, aż w końcu przypomnieliśmy sobie, że to w sumie nam zależało na tym, żeby dopiąć to ubezpieczenie. W końcu odebraliśmy („przepraszam pana bardzo, nie słyszałem telefonu”) na co uradowany Mario jak gdyby nigdy nic zaproponował spotkanie na mieście, głos miał nawet sympatyczny, więc z ochotą przystaliśmy. Przez chwilę mieliśmy nawet wyrzuty sumienia, że go traktowaliśmy jak natręta, ale tylko przez chwilę.

Nie umówił się z nami w Atelier Amaro, ale to i tak śmiało była restauracja z topowej warszawskiej dziesiątki. Jeden z tych lokali, które trzymamy w zanadrzu dla dziewiątek i dziesiątek z Tindera (ale lafiryndy konsekwentnie nas nie odklikują). Taka wiecie, gdzie chef naprawdę myje ręce zanim wejdzie do kuchni.

Rozglądamy się, pod oknem Pana Mariusza nie ma, pod drugim oknem tylko jacyś Kulczykowie właśnie zamówili sobie specjalność zakładu – po 3 ziarna groszku polane płynną czekoladą, Grażyna nie jest pewna czy zmieści wszystko na raz, więc dopytuje się czy jakby co to można zapakować. Nagle macha do nas jakiś typ i drze japę na pół lokalu „panowie: tutaj, tutaj!”. No nie przyszłoby nam do głowy, rozjebał się w największej loży jaka była w lokalu, na podwyższeniu, takiej co to w ogóle chyba normalnie jest zamknięta, a właściciel trzyma ją na przyjazd jakiegoś Abramowicza. Ale Mario, jak to Mario, co się nie da jak się da, odsunął sobie na bok te takie barierki z szarfą, a kelnerzy chyba z góry założyli, że przegrana sprawa.

Zapewne jesteście ciekawi jak wyglądał Mariusz. Wprawdzie nie oceniamy ludzi po wyglądzie, ale… (Gówno prawda, wygląd wiele mówi o człowieku). Na fotografii poniżej wprawdzie to nie Mario, ale można sobie to i owo wyobrazić. Gotowi?

nie-mariusz

No, to Mariusz wyglądał zupełnie odwrotnie. Miał na oko z 50 lat, a na twarzy wypisane ciężkie wspomnienia z pracy na roli. Był w jednoczęściowym garniturze, czyli od garniaka miał tylko spodnie, bo marynarka najwyraźniej zagubiła się gdzieś w akcji. Komplet dopełniała biała koszula w paski, oczywiście z krótkim rękawkiem, kolekcja Auchan 2004, bawełny tak może z 30%. Nie zrozumcie nas źle, my nie jesteśmy aż tak próżni. Skromność jest super. Mało rzeczy raduje nas tak, jak ksiądz Sowa opowiadający w TVN24 o potrzebie skromności siedząc w sweterku z logiem Ralpha Laurena większym niż sama Gwiazda Betlejemska. Ale chcieliśmy nabrać polis na łączną kwotę w okolicy 20 milionów złotych, reprezentowaliśmy duże instytucje, a PZU podesłało nam kolesia, którego koszula w 70% składała się z tego materiału, z którego robią te żółte reklamówki do Biedronki. Na stole firmowa przenośna drukareczka,  firmowy laptopik. Siermiężny Dell i Bogu dzięki, bo jakby siedział tam taki z najnowszym MacBookiem to chyba byśmy narobili pod siebie.

„Zamówił pan już coś?” Na co Mario niezbity z tropu: „Nieee, po co, my tu krótko będziemy” i chce przechodzić do ubijania interesu. Po obsłudze widać, że mord w oczach, dla nich to chyba nie pierwsza taka historia. „Panie Mariuszu, no to może chociaż po kawce”, ale Mario twardo abstynencja. Mario zresztą chyba wiedział co robi, bo kiedy już – dla ratowania wizerunku i elementarnej ludzkiej przyzwoitości – zdecydowaliśmy się złożyć zamówienie, to skończyliśmy z „beszamelowym szałem kawowym z trzcinowym popiołem Wezuwiusza” po 80 złotych każdy, Mariuszowi w ostatniej chwili wcisnęliśmy wodę mineralną na nasz koszt i chyba nawet zrobiliśmy dobry uczynek, jak on się z tego Perriera cieszył, jak opowiadał, że ta nasza polska woda to w ogóle nie to samo…

No, ale byznes jest byznes, a Mariusz strasznie ponaglał, bo to chyba były akurat żniwa. Jak on zaczął brać od nas te dane firm, jak zaczął wklepywać to do swojego laptopa. Matko Bosko Kochano, jakiż to był ból. Kazik to miał wyjebane, ewidentnie spodobała mu się idea kawy z majonezem zamiast śmietanki i pogrążył się w degustacji, ale Kubę od środka skręcało. Mario w komputerach ewidentnie biegły nie był, bo pisał jednym palcem, na dodatek chyba coś mu tam nie stykało, bo w nazwie firmy zrobił ze dwie literówki. 5 minut zajęło Kubie przekonanie Mariusza, że powinien się cofnąć i to poprawić, bo to dość ważne na polisie żeby jednak firma miała przynajmniej większość liter we właściwych miejscach (Mario twardo „e tam, to bez znaczenia”). O matko, a jaka była potem awantura jak jeszcze Kuba się uparł, że w nazwie ma być „spółka z ograniczoną odpowiedzialnością”. Kuba stracił cierpliwość, cały wkurwiony, jakby nie był takim lamusem to już dawno wylałby mu na laptopa swój beszamel, Mariusz naburmuszony, ale wpisuje te dodatkowe informacje przez następnych 15 minut, a Kazik luzik – jako że w międzyczasie minęła 10.00 – przegląda kartę alkoholi.

Kuba mówi „to może ja to panu powpisuje, w końcu znam już te wszystkie dane na pamięć”, to się tylko Mariusz jeszcze bardziej naburmuszył, burknął coś, że on jest urzędnikiem, agentem (prawie dodał Jej Królewskiej Mości) i że ludzie z ulicy nie mają prawa korzystać z Systemu.

Wielu z fanów Jak Żyć może czuć pewien dyskomfort – w końcu często gnoimy na tym blogu ludzi, ale przeważnie takich, którzy ciężko na to zapracowali. A teraz? Musicie jednak wiedzieć, że Mariusz nie tylko był skończonym wieśniakiem, ale też – jak każda łajza na prowizji – był niestety chujkiem. O połowie dostępnych (typu składka miesięczna, a nie roczna) opcji nam nie powiedział, bo nie miał w tym biznesu. Na sam koniec nie chciał wpisać do systemu PZU żadnych naszych danych kontaktowych („może pan chociaż maila poda na wszelki wypadek?” „nie, nie, tego się nie uzupełnia”). Zagroził tylko, że odezwie się za rok. Na wszelki wypadek planujemy do tego czasu pozmieniać numery telefonów.

Czemu o tym piszemy? Słuchajcie, bo coś się w nas odblokowało, Mario obudził w nas nową falę zwątpienia w ludzkość, taką blogerską sportową złość. Po powrocie do domu Kuba napisał 2 nowe notki, a Kazik zaczął pisać trzecią jeszcze jadąc tramwajem. Znowu poczuliśmy się potrzebni.

Katecheza #289: Jeśli masz problemy z ubezpieczycielem to zawsze, ale to zawsze idź z nim do sądu. Jeśli jesteś szefem PZU to zacznij wreszcie zatrudniać normalnych kurwa ludzi.

9 Comments

  1. Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl) To najwyraźniej notka interwencyjna. I nadaje się do programu pani Jaworowicz, albo do programu „Państwo w państwie”. A PZU – cóż taki mamy klimat pszenno – buraczany.
    A co do samej akwizycji to starałem się kiedyś o posadę akwizytora, ale mnie nie przyjęto z powodu braku siły przekonywania. Facet zorganizował mi happening – żebym mu sprzedał jakieś pisaki. I jeszcze raz byłem na takich spotkaniach mafijnych – sieci sprzedaży kosmetyków. Ale nie uwiodły mnie ogromne sumy jakie proponowano mi za sprzedaż. Bo od razu wyczułem, że najwięcej zarabia prowadzący nagonkę. Tak, że szkoda pisać. Pozdrawiam Mirek

  2. miałem nie czytać, ale „otwiera aktówkę – spogląda – leee z pasztetem” mnie rozjebało, więc przeczytałem do końca. Na telefonie KURWA! ale było warte tego cierpienia.

  3. Święta prawda !!! Jestem agentem PZU i musze przyznać, ze firma ma bardzo dziwne podejście do swoich przedstawicieli. Wprowadzono system oceny i „awansu” agentów Nowa Era Sprzedaży, który spowodował, ze z wieloma bardzo fajnymi i wykształconymi ludźmi rozwiązano umowy, a niektórzy sami odeszli. Obecnie agenci w większości to ludzie z łapanki, np. z ogłoszenia na OLX. I stad niewysoki poziom. Natomiast niewpisywanie telefonu do systemu, to po prostu brak zaufania agentów do firmy, dla której pracują Jak go wypieprza, to pójdzie ze swoja baza Klientów do konkurencji, która go przyjmie z otwartymi ramionami. Jeszcze 10 lat temu tego nie było. Obecnie agenci maja więcej problemów z samym PZU niż z Klientami, ich pozyskiwaniem i utrzymaniem.

  4. Niestety z Agentami PZU muszę pracować codziennie. Niewpisywanie danych kontaktowych Klienta albo wpisanie swojego numeru telefonu (!) i podawanie się za Klienta to częste przypadki. A myślę że jest tak dlatego ponieważ nie chodzi o swoją bazę klientów ale o to że jak już sprzedalismy mu to oc to nie powinien wiedzieć o niczym innym i płaci przez całe życie tylko takie ubezpieczenie. A jak Klient potrzebuje pomocy to zawsze jest zdanie że on by doplacil ale nikt mu nie powiedział….

  5. Serio, biorąc polisy na taką kwotę powinniście być potraktowani przyzwoicie jak poważni klienci. Do czego to już doszło. Może po prostu mieliście pecha spotykając p.Mariusza na swojej drodze do zawarcia polis.

  6. „… specjalność zakładu – po 3 ziarna groszku polane płynną czekoladą …” – no nie powiem, mistrzowie!

Submit a comment