Jak być pieprzonym rowerzystą

Świat jest prosty. Piesi nienawidzą kierowców. Kierowcy nienawidzą pieszych. Ale wszyscy, piesi, kierowcy, Benedykt XVI, nawet kosmonauci i kapitan Wrona, nienawidzą pierdolonych rowerzystów. 

Wszystko zaczęło się w IV wieku naszej ery w okolicach dzisiejszej Syberii. Tajemnicze plemię Cyklistów rozrastało się do przesady i zaczęło zdobywać nowe tereny. W ten sposób z okolic Mongolii przegonili między innymi Hunów, którzy zbudowali sobie tam coś na kształt dzisiejszego Dubaju i generalnie było im tam bardzo fajnie, bali się cywilizacji zachodniej, opowiadali historie o trójkątach tylko w konfiguracji „dwóch facetów i wilczyca”, poza tym nie chcieli mieć nic wspólnego z miastem, w którym rządzi rudy człowiek (jak się wkrótce potem okazało, mieli w tym sporo racji). Ludy i plemiona uciekały przed Cyklistami w popłochu (padły wówczas słynne słowa Attyli: „już nawet rudy cesarz jest lepszy niż to pierdolenie o przerzutkach”) i tylko niewielka garstka Słowian zatrzymała się nad Wisłą. Jak sami argumentowali „do cywilizacji musielibyśmy iść przez Śląsk, także kurwa bez przesady„. Ostatecznie Cykliści wymieszali się ze Słowianami i tak już zostali.

Jak zapewne się domyślacie, tę pomijaną w podręcznikach i podaniach historię opowiadamy dlatego, że Cykliści byli przodkami dzisiejszych rowerzystów. Struktura demograficzna rowerzystów w Polsce rysuje się w następujący sposób:

  • Około 0,1% stanowią osoby, które kolarstwo uprawiają zawodowo czyli tak naprawdę mają nadnaturalnie duże narządy płciowe i szukali wymówki do noszenia obcisłego stroju, by móc chwalić się nimi w miejscach publicznych.
< tutaj znajdował się podpis autorstwa Kazika, który Kuba samozachowawczo usunął na wypadek gdyby Bóg, dobry smak lub chociaż Instytut Moralności Mediów naprawdę istniały >
  • Mniej więcej 9% Polaków uprawia kolarstwo dla sportu, ponieważ opacznie zrozumieli najnowsze ulotki Ruchu Palikota, które głoszą, że to zdrowo jak czasem poboli pupa
  • 2% – bo Endomondo
  • 4% – byli na wakacjach w Holandii i uznali, że rowery to najlepsza rzecz, jaką można wynieść z tamtejszej kultury (chociaż w sumie i tak nie wybrali tak najgorzej; bylibyśmy zaskoczeni (choć nie zdumieni!) gdyby nasi koledzy-kibice zamiast wesołych ciasteczek przywieźli sobie z jakiegoś meczu wyjazdowego do Hagi na przykład małego murzynka)
  • 8% – właśnie zajebali spod sklepu rower jakiemuś Niemcowi i przypadkiem załapali się na naszą statystykę
  • 29% – Przytłaczają ich ceny benzyny
  • 47,9% – PIERDOLENI HIPSTERZY, BANDA OBDARTUSÓW BEZ SZKOŁY Z WYGRZEBANYMI ZE ŚMIETNIKA APARATMI, a od roweru na Instagramie lepiej wygląda tylko sushi

Z bardziej bezużytecznych od rowerzystów rzeczy do głowy przychodzi nam tylko Ludovik Obraniak w Reprezentacji Polski. Małe skurwysyny na kołach (przepraszamy osoby niepełnosprawne, tym razem mówimy o innym rodzaju niepełnosprawności) za punkt honoru stawiają sobie jednoczesne poruszanie się jezdnią i chodnikiem tak żeby tamować i paraliżować możliwie duży odsetek ruchu ulicznego. Przysięgami, kiedyś podjechaliśmy na stację Orlenu i sprawdzaliśmy czy to nie jakiś program partnerski, czy tym przerzutkowym pederastom nie rozdają za taką jazdę darmowych hot-dogów albo choinki zapachowej na ramę…

Typowy polski rowerzysta pod „Zakąskami”

Większość rowerzystów żyje na co dzień w przeświadczeniu, że rower czyni ich niewidzialnymi. Nie mają większych problemów z porysowaniem twojego samochodu czy przyjebaniem w ciebie na środku chodnika. Rozglądają się wówczas nieco zbici z tropu (jakby wpadli w dziurę) i jadą dalej. Z drugiej strony spróbujcie przyjebać rozpędzonym autobusem w taką mendę albo przespacerować się 30 sekund ścieżką rowerową (bo ślunzacy akurat robili podkop i chodnik się zawalił). Obraza majestatu starczyłaby Wyborczej na 3 lata felietonów w Wysokich Obcasach o dyskryminowanych ludziach sportu i kultury.

I suną bezwstydnie z tymi góralami i beemiksami, ci ostatni są zresztą jeszcze gorsi bo zamiast poruszać się po liniach względnie prostych, to muszą wskoczyć na każdy jebany krawężnik, gorzej niż z psami. Ale i tak najgorszymi mendami społęcznymi są oczywiście hipsterzy. Nie dość, że ich rowery wyglądają jakby czterdzieści lat temu dziadek wyciągnął je z niemieckiego śmietnika, to jeszcze lewą ręką trzymają kubek starbucksa, prawym SMS-ują ze swojego LG (bo na iPhone’a nie stanęło), a łańcuch cały czas wkręca im się w taką wiejską wełnianą torbę. Jeszcze siedzi taka lafirynda nawet nie na siodełku, tylko przewieszona przez ramę w długiej spódnicy. Co to kurwa jest? Helena z Ogniem i Mieczem? Zanim zaczniecie podnosić durne argumenty typu „sport to zdrowie”, „moja dziewczyna jeździ na rowerze” (i tak ich nie puścimy) to popatrz na ich łydki. Każdego dnia Marcin Najman w twoim domu.

Zdjęcie które jakimś cudem mogłoby popularyzować rowery, ale musieliśmy zabić niesmak po tym poprzednim

Rowerzyści w trasie to jedno, ale prawdziwy koszmar zaczyna się jednak dopiero wtedy kiedy rowerzysta zabiera się za BHP swojego podstawowego narzędzia pracy. Lepiej nie stać na mieście zbyt długo w jednym miejscu, bo jakiś kretyn może przypiąć sobie do ciebie twój rower, przypinają je wszędzie. Mniej ufni, z tej wiadomo której opcji politycznej, po przejechanej trasie kładą rower na plecy i popierdalają z nim cały dzień po biurze, strącając wszystkie papiery i obijając kserokopiarki. Rowerzysta nie jest rowerzystą jeśli nie mieszka w bloku, koniecznie z windą. Wwozi i zwozi ten rower przynajmniej sześć razy dziennie, bo wahania wysokości podobno robią dobrze na ciśnienie opon. Oczywiście rower jest byłby rowerem gdyby w tej windzie przynajmniej trzy razy ci nie przypierdolił i nie przygniótł yorka miłej starszej pani z szóstego piętra.

Z drugiej strony, jednego jesteśmy pewni. W oparciu o doświadczenia własne i rys historyczny, tak długo jak mamy ich po swojej stronie, nie straszni nam Niemcy, Ruskie czy Chinole.

Katecheza #902: Trudno jednak dziwić się, że wygląda to tak, jak wygląda. Widzieliście kiedykolwiek jakiś sprawnie funkcjonujący instrument społeczny, który opierałby się na pedałach?

27 Comments

    • bardziej niż na ramę przydałaby się choinka zapachowa pod pachę 😉

  1. Ciekawy rodzaj niepełnosprawności – niby związana z dwoma kołami, a jednak umysłowa.

  2. Oczywiście mieliście na myśli LG Nexus 4:) Jednak rowerzyści wiedzą co dobre:D

  3. no i takim oto sposobem mój dzień nagle stał się dobrym xD

  4. Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl). Moje pierwsze wspomnienia z życia wiążą się z nauką jazdy na rowerze w parku. Mój ojciec popylał za mną z takim drzewcem za siodełkiem, ale szybko puścił mnie a ja zachwycony jazdą byłem do momentu kiedy rozwinąłem drugą kosmiczną i czas było się zatrzymać. No wiecie jak się to kończy bum! bee! Ale ja jestem z tych twardych i nie plakałem. Potem wyjechałem na rok do babci na wieś. Tam miałem swój rowerek, który po kilku naprawach u wioskowego kowala (tak tak taki stary jestem, że na kazdej porządnej wiosce był kowal) przerzuciłem się na stary wielki ruski rower. Jeździłó się na takim smoku pod ramą z boku. Po powrocie do Krakowa.stałem sie posiadaczem doskonałego roweru marki „Dingo” na którym co niedzielę jeździłem do „kurwidołka” – ogromnego wykopu gdzie rzucało się na łeb na szyje i pedałowało tak mocno aby wyjechać na drugim brzegu tego wykopu – najważniejsze było jednak,żeby skoordynować swój zjazd z innymi amatorami tego rowerowego szaleństwa, bo nie chcę sobie wyogbrazić co by to było, gdyby się ktoś zderzył z innym cyklistą (zjeżdzajacym inną trasą) na dole, kiedy prędkość była największa. A potem to już kupiłem sobie za 29 zł – czyli na dziseijsze 0.29 gr. kradzioną kolarzówkę, z chrakterystyczną kierownicą ale bez przerzutek. I jeździłem nią 10 kilosów lato zima do szkoły w której uczyłem, bo tylko takie wyjście było do zaakceptowania, a latem we wakacje jeździłem sobie na działkę gdzie hodowałem marihuanę. Muszę jednak przyznać, że zawsze jeździłem po drodze – czy to śnieg czy lód, deszcz czy susza zaawsze po drodze i tylko raz autobus mnie tak przycisnął do krawężnika,że stłukły mi się wina, które wiozłem do domu i jeszcze raz to miałem panikę w oczach, kiedy wjechałem na chodnik i omalże nie porysowałem naszego osiedlowego radiowozu, kiedy jechałam napierdolony po następne wina, Na szczęście do kolizji nie doszło. I powiem wam z głębi mojego wieloletniego doświadczenia, że po ścieżkach rowerowych jeżdzą tylko cioty co to wykrzykują, że im się należy – a weź jedź środkiem drogi lawirując między samochodami i najlepiej w kopnym śniegu i oczywiscie bez kasku – o to jest prawdziwa adrenalina, ale teraz to sa same cipy, bo kwardziele już wyginęli.
    Pozdrawiam – kwardziel – Mirek

  5. tu się zgadzam. gdy, z rzadka, idę chodnikiem mam jak w banku, że usłyszę dzwonienie lub ujrzę denerwujące twarze o lekko poirytowanym wyrazie, znaczącym i pełnym wyższości niby- uśmieszku.Z kolei za kółkiem co chwila muszę rozpędzać święte krowy toczące się 5 na godzinę środkiem pasa. Niekoniecznie prawego zresztą, co mnie dodatkowo wkurwia. Nawet na ścieżce rowerowej nie ma spokoju, zaraz słychać chamskie komentarze. Oczywiście z tym walczę, nie ustępuję, dodaję gazu, straszę, pyskuję ale to niewiele pomaga tylko człowiek traci nerwy i czas. Najgorsze, że jak wsiadam na rower (raz na 4 ruskie lata) wcale nie jest lepiej: zawsze ludzie chodzą jak muły, kierowcy jacyś nerwowi i gburowaci..Hunowie wiedzieli ,co robią uciekajac przed cyklistami- oni rozwalają każdą społeczność od środka.

  6. Odnośnie tekstu to chciałem powiedzieć, że 2 na 3 zdjęcia bardzo udane 🙂

  7. kurwa, nareszcie powrót do pisania z „polotem i fantazja” Panowie, gratuluje!

  8. AAAAA dobre! Jaram sie strasznie tym co napisaliscie ale w tym samym momencie przyznaje ze zakochalam sie w rowerach odkąd mieszkam sobie w Kopenhadze <3 Ale zaraz czas powrotu do stolicy a tam, mimo ze mam w planie wkurwiać wszystkich swoim nowym rowerowym zapałem to przyznaje że w Warszawie nie ma na to warunków i pewnie krótko ten mój zapał na rower w Warszawie potrwa…

  9. Mimo, że należę do tych ułomnych, muszę przyznać, że mnie też potrafią wkurzać rowerzyści.

    Ale na wchodzenie pieszych na ścieżki rowerowe się nie godzę. Nie mam ochoty chodzić w gipsie, bo jakiś debil nie wie, gdzie jest chodnik. A najniebezpieczniejsze sytuacje, zdarzają się wtedy kiedy wyprzedzam samochody. bo przecież takie łamanie elementarnych praw fizyki i brak szacunku dla kierowców zasługuje automatycznie na wizytę w rowie.

  10. Pseudointeligenckie, ale zabawne.- rowerem poruszam się od niedawna, niecałe 1,5 miesiąca. Jako wannabe zawsze obiektywny obserwator stwierdzam z przykrością, że największą zmorą są piesi – generalizując, idioci, którzy zajmują całą szerokość chodnika, zdobywając się na szczyty możliwości kiedy zejdą z drogi. Już nie mówię o zaskoczonych spacerowiczach widzących rower na DRODZE ROWEROWEJ – niedorzeczne, prawda? Nikt mnie jeszcze nie zbrukał za jazdę ROWEREM po DRODZE ROWEROWEJ, ale idę o zakład, że w myślach niejednokrotnie wieszali mnie na pręgierzu. Tak, piesi to największe bufony, z kierowcami nie mam za dużej interakcji, ale zakładam, że skoro odważyli się wsiąść za 4 kółka, mają trochę oleju w głowie – to dobre dla nich, a przede wszystkim dla otoczenia.

    • Jasne. Na przykład rowerzyści jadący lewą stroną chodnika, który jest oznaczony jako ciąg rowerowo-pieszy (rowerzyści i piesi na równych prawach), opieprzający pieszych idących zgodnie z przepisami (czyli prawą krawędzią chodnika) są przecież zupełną rzadkością. Albo specjaliści przejeżdżający przez przejścia dla pieszych. Chcę tylko podkreślić, że jeśli na przejściu dla pieszych nie ma kontynuacji ścieżki rowerowej (np. skrzyżowanie Żwirki i Wigury z Banacha) to rowerzysta ma zasrany obowiązek zsadzić dupę z roweru i go przeprowadzić przez pasy. Wszystkim niestosującym się do tego przepisu serdecznie życzę mandatu 😉 Najlepsi są oczywiście hipsterzy jeżdżący w słuchawkach na uszach. Szczególnie po ulicy. Moi mistrzowie. Mam nadzieję, że w ich przypadku zadziała prawo doboru naturalnego. A. I jeśli nie ma ścieżki rowerowej, psim obowiązkiem rowerzysty jest zjechanie na ulicę 🙂

      • Nie zawsze jest obowiązek jazdy ulica zależy m.in. Od dopuszczalnej prędkości

  11. Na szczęście nie zaliczam się do grona cyklistów, ponieważ jakiś czas temu zajebano mi rower.

  12. „Wwozi i zwozi ten rower przynajmniej sześć razy dziennie, bo wahania wysokości podobno robią dobrze na ciśnienie opon.” Geniusz! 😀

  13. Ja za każdym razem staję w zadziwieniu, kiedy widzę, jak ktoś na rowerze jedzie po środku pasa, w japonkach albo butach na wysokim obcasie… A tyle razy, ile widziałam laski rozmawiajace przez telefon (bynajmniej nie za pomocą zestawu głośnomowiącego) jadące o godzinie 15 przez rondo de Gaulle’a, to na palcach wielu, wielu wielopalczastych dłoni można tylko zliczyć.

  14. moimi ulubieńcami są cykliści pakujący się ze swoimi wehikułami do wagoników metra albo autobusów.miłośnicy rowerowych wycieczek autobusami.@#$%$%^&

  15. Kurde …. Za ramę od mojego roweru dałem pewnie więcej niż Ty za samochód 😛 a z drugiej strony moich czterech kółek też za długo nie pooglądasz bo zbierają się szybciej niż twoje:P poruszam się rowerem bo jest szybciej i zdrowiej jedynie mniej bezpiecznie bo jaki s pajac któremu szare komórki jakimś cudem pozwoliły zdać egzamin na prawko poruszając sie swoim zdechłym batmobilem prawdopodobnie pasat skoda albo mocno użyte BMW uważa się za króla drogi no obowiązkowo w LPG wszystko 😛

    • Różnica taka, że on żeby je zdać musiał chociaż poczytać o przepisach ruchu drogowego. A co przeciętny cyklista korzystający z tej samej drogi wie o przepisach? Podpowiem…zaczyns się na literę G potem jest tylko -ówno…

Submit a comment