Jak prawie zostaliśmy lewakami, ale nas ostatecznie nie przyjęli

Ilekroć kłócimy się z naszymi kolegami z Żylety, udowadniając im jak wielką chujnią jest ten ich cały PiS, oni wyzywają nas od lewaków. Przez lata tłumaczyliśmy im, że to nie tak, że chodzi o poszanowanie Konstytucji, o wolny rynek, o to żeby żaden ważny minister nie był psychicznie chorym ruskim szpionem i takie tam. Ale wiecie. Jeśli od lat słyszycie „lewak, lewak, lewak”, to pewnego dnia sami zaczynacie sobie zadawać pytanie „a co, jeśli…”. Tak też pewnego dnia postanowiliśmy pogodzić się ze swoim przeznaczeniem i zostać oficjalnymi, licencjonowanymi lewakami. 

Oryginalnym lewakiem z atestami nie można zostać tak po prostu, z ulicy. Trzeba przynajmniej przez rok powstrzymywać się od jakiejkolwiek pracy zarobkowej (czyli nadal można być np. socjologiem i europeistą, bo za to i tak nikt nie chce płacić), agresywnie domagając się zarazem solidarności społecznej od całego swojego otoczenia. W razie problemów można zadzwonić do autorytetów, np. do Pana Piotra Ikonowicza i dopytać się o to jak nie dać się wyrzucić z wynajmowanego mieszkania, po tym jak przez cały rok nie zapłaciliśmy ani złotówki czynszu jakiemuś jebanemu złodziejowi-arystokracie, który się dorobił na nieruchomościach.

Jak zostać lewakiem?

Kiedy już osiągniemy stabilizację na gruncie sprawiedliwości społecznej, w celu uzyskania atestu lewactwa, musimy przez okres jednego roku wykreować przynajmniej trzy fikcyjne problemy miesięcznie. Chodzi o hart lewicowego ducha, polegający na znalezieniu lub sprowokowaniu takich sytuacji, które dotąd nikomu nie przeszkadzały, a teraz staną się palącym problemem dla każdego dobrowolnie lub pod przymusem naszych lewackich, zaangażowanych, pozbawionych pracy i sensowniejszych zajęć współbratymców (można czytać Wysokie Obcasy w celu inspiracji, ale nie można wykorzystywać już wykreowanych idiotycznych problemów).

Uciemiężona klasa robotnicza 2017

My mieliśmy na pierwszy miesiąc taki oto plan: że w polskich sklepach normalnie i na widoku sprzedawana jest szynka, co godzi w uczucia religijne nielegalnych imigrantów z północnej Afryki, że słowo „blog” jest rodzaju męskiego, co jawnie dyskryminuje kobiety, które też przecież potrafią starają się być blogerkami i że na żadnym polskim stadionie nie można znaleźć powszechnie znanej i cenionej instytucji „darkroomu”, co jawnie godzi w interesy społeczności kiboli LBGT. Mocne?

Tak mocne, że jedna z wiodących lewackich partii przysłuchując się ze stolika obok naszym głośnym rozmyślaniom nad lewackimi postulatami na czerwiec, z miejsca zaproponowała nam członkostwo. Przesympatyczna istota ludzka, której płci, wieku, koloru skóry i narodowości wolelibyśmy w tym miejscu jednoznacznie nie próbować określać, poinformowała nas gdzie mamy się stawić i że z takimi wulkanem pomysłów na pewno będzie dobrze. W tym miejscu może jeszcze powinniśmy przypomnieć starą jakżyciową zasadę o tym, że wszystkie imiona kończące się na „ian” (Krystian, Dorian itd.) nie przyniosły (w sensie: ich nosiciele) nam jeszcze w życiu niczego dobrego, ale o tym w dalszej części wpisu.

Partia

Siedziba partii mieściła się w metalowym kontenerze na wysypisku śmieci, ale patrząc na ludzi, którzy niespiesznym, lewicującym krokiem przemieszczali się po jedynym korytarzu, czuliśmy się jak dwóch mugoli, którzy po raz pierwszy trafili do Hogwartu. Przywitaliśmy się i grzecznie usiedliśmy w poczekalni, choć nasza frustracja zaczęła narastać, gdy po dwóch godzinach czekania istota ludzka siedząca w recepcji nadal ignorowała naszą obecność. Nie zrozumcie nas źle, to na pewno była kobieta, jednak nie dawaliśmy po sobie poznać, że wiemy. Żeby jej nie zdyskryminować i nie dać aby przypadkiem do zrozumienia, że w naszej ocenie tylko kobiety mogą być recepcjonistkami.

Bądźcie spokojni, w sprawie tej dyskryminującej rozmowy złożyliśmy już skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu

W końcu Kuba nie wytrzymał, a ponieważ od kwietnia jest na takiej diecie, że trzeba jeść co trzy godziny i bardzo się chłopak w to zaangażował (porzucił nawet pizzę), dyskretnie rozpakował kanapkę. Już miał przystąpić do pobudzającej metabolizm i dostarczającej niezbędnych składników odżywczych konsumpcji, gdy istota recepcjonistyczna nagle zerwała się na nogi, wytrąciła mu zawiniątko z ręki, dopytując się czy to naprawdę jest szynka i czy Kuba miał chociaż odwagę osobiście zabić zjadane zwierzę. Nie wiadomo jak dalej potoczyłyby się sprawy, gdyby nagle zza naszych pleców nie rozległo się bardzo doniosłe zapytanie „A co to za zawierucha?”.

Naszym oczom objawił się imponujących rozmiarów, brodaty, wysoki, wielki mężczyzna. Chłop na schwał. Taki, wiecie, jakby Ragnar Lothbrok był przez półtora roku więziony w Bobby Burgerze. Wyciągnął w kierunku Kuby rękę i wtedy też po raz pierwszy usłyszeliśmy jego imię:

– Magda.

No dobra. Tego ostatniego akurat nie było, choć musicie wiedzieć, że tego dnia już nic by nas nie zdziwiło. Uśmiechnął się dobrodusznie i swoim tubalnym głosem zakomunikował „Proszę, mówcie mi Adrian”, a my poczuliśmy błogość i spokój, jak gdyby burżuazja już nigdy więcej nie mogła wyrządzić nam krzywdy.

Lewicowa przygoda

Generalnie miło wspominamy tę wizytę, choć Adrian trochę się skrzywił, gdy usłyszał, że obaj nie tylko mamy pracę, ale co gorsza nawet sami jesteśmy przedsiębiorcami. Zdecydował się przymknąć na to oko, jeśli tylko zdecydujemy się aktywnie walczyć o lewicową Polskę. Pasywnie – tłumaczył – walczą słabeusze, a przypiąć się do drzewa to potrafi każdy idiota z Zielonych. No to aktywnie, Panie Adrianie – odkrzyknęliśmy jak jeden mąż i tak zaczęła się nasza lewicowa przygoda. Wszędzie kazali nam jeździć na rowerach, bo – po pierwsze – pedały, a poza tym to jest ekologiczne, no i można wkurwić establishment, który dorobił się samochodów na przemianach ustrojowych poprzez barbarzyńskie odmawianie sobie codziennie zestawu kaw o równowartości 75 złotych w Starbucksie.

Nigdy nie zapomnimy jak poszliśmy na Paradę Równości. Kazali się złapać za ręce, no to tak trochę poczuliśmy się, hm… Ale z drugiej strony znamy się ponad dwadzieścia lat, nigdy nic nie zaiskrzyło, więc uznaliśmy, że temat jest dość bezpieczny. Nikt nie obiecywał, że lewactwo jest usłane wyłącznie sierpami i nie wymaga poświęceń. Ponieważ prezentowaliśmy się uroczo, to nawet dali nas na platformę, gdzie tańczyliśmy, wstrzykiwaliśmy sobie marihuanę, machaliśmy przechodniom i wpadliśmy w pewnego rodzaju trans lewacki (znana krytyczka literacka twierdziła nawet, że dostrzega w nas „dobrze hokującą eufohię”, a potem poszła uczestniczyć w swoim corocznym biciu redaktora Pyta.pl).

Tutaj Kuba na tle rozentuzjazmowanej widowni, więcej zdjęć tradycyjnie na naszym instagramie #pride #insta #nofilter #haha #justkidding #inkwell

Najpierw (stare zwyczaje) odśpiewaliśmy przez megafon kilka wulgarnych piosenek o Lechu Poznań, a gdy potem krzyczeliśmy, że koniec z zamykaniem homoseksualistów w obozach zagłady, to nam go zabrali, bo się niby za mocno wczuwaliśmy i Luntek oraz ten koleś, który uczy męskiego makijażu na YouTubie prosili, żeby coś zrobić z tymi królowymi dramatu. Potem Kazik półgębkiem warknął do typa z odkrytą dupą w spodniach i gumowym penisem na czole, żeby nie pajacował, bo tylko szkodzi naszej sprawie, to ten się żachnął, że on jest Jednorożcem Emmanuelem i nie będzie go pouczał jakiś pederasta, a nas złapała straż marszu i nas z tej parady ostatecznie wyjebali z naganą do akt i dopiskiem „rażący akt nietolerancji”.

Tu jest prawdziwa wojna

Porażka na Paradzie Równości uświadomiła nam, że dzisiejsza walka o lepsze jutro odbywa się w internecie. Na szkoleniu wyjaśniono nam na czym to mniej więcej polega. Zapytaliśmy zatem czy oczekują, że będziemy takimi po prostu „social justice warriors” to znowu poszło jakieś faux pas i szmer po sali, że w ISIS nikt siebie nie nazywa wprost terrorystą, po prostu jesteśmy społecznikami, aktywistami.

Poszliśmy w ten temat grubo, przez dwa tygodnie w zasadzie nie mieliśmy już czasu na normalną pracę, więc z pewną nadzieją wypatrywaliśmy czy uda nam się jednak załatwić temat zasiłków, zanim będziemy musieli przeprowadzić się do squatu. Każdego dnia przez równe pół doby wrzucaliśmy na naszego Facebooka ok. 20 postów na godzinę, a działo się, oj działo.

A to w jakiejś firmie z Kalisza ktoś zatrudnił więcej mężczyzn, niż kobiet. Na warszawskiej Pradze pobito kogoś tylko dlatego, że jego skóra miała inny odcień bieli. Jakiś typ nie chciał się umówić na randkę z lewicującym pasztetem, bo niby ma żonę. A Złote Tarasy odmówiły wyburzenia saloniku Victoria’s Secret, żeby postawić tam toaletę dla osób, które jeszcze nie zdecydowały się czy chcą jedynkę czy dwójkę.

No szkoda w chuj, ale jeszcze będziemy się w tej sprawie odwoływali

Taka nasza największa aferka, którą udało nam się nakręcić, to jak NaTemat opisało, że ktoś widział w Krowarzywach karalucha. Wrzuciliśmy to na Fejsa z nagłówkiem „Wiara, naszych biją!!!”, a Tomkowi Lisowi napisaliśmy na priv (a tak, znamy się, jak to w lewactwie), że jest skończonym Brutusem i zrobi wszystko dla pieniędzy. A i w ogóle, że Kinga się dużo lepiej starzeje i że Machała też wygrał to rozstanie.

Wprawdzie od tej ożywionej aktywności na FB ubyło nam około 100 znajomych, ale to były głównie kuce, a kuce – wiadomo – Untermensch, więc jak już wprowadzimy równość i powszechną tolerancję, to ich pozabijamy w pierwszej kolejności.

Zapach napalmu o poranku

Ogólnie jednak odnieśliśmy duży sukces w mediach społecznościowych, jednego posta zalajkował nawet facet, którego w ogóle nie mieliśmy w znajomych. Potem wrzucili nas na partyjną grupkę, to już na każdą gównoburzę z automatu łapaliśmy po 90 lajków i głosy wsparcia, że średniowiecze i w ogóle. Było nas wielu i byliśmy szczęśliwi wspólnie liżąc się po jajkach o lepsze jutro i przyjmowanie terrorystów w ramach kwot unijnych, a tej atmosfery nie psuła nawet ostra rywalizacja z pisowskimi trollami Szefernakera. Rywalizacja ostra, ale sportowa. Byliśmy nawet umówieni na ustawkę w StarCrafta, na co osobiście bardzo się cieszyliśmy, ale Adrian nie wyraził zgody, jakoby znana gra miała promować kapitalizm.

Po kilku tygodniach wezwano nas na dywanik, że niby 240 afer z dupy dziennie to jest dolny margines partii, że w ogóle nie kreujemy dialogu społecznego oburzając się na różne rzeczy znane od tysięcy lat i nie kierujemy uwagi na problemy, które ludziom mogłyby się wydawać absurdalne. Że Soros nie da na coś takiego pieniędzy i w zasadzie musimy się rozstać. A potem jeszcze nas Marcelina wzięła na pogadankę czy nas już totalnie popierdoliło, żeby manifest komunistyczny publikować na Insta z hashtagiem #jebacbiede.

Miło, że pytacie. Nasza próba przeniknięcia do środowisk lewicowych nie zakończyła się całkowitym sukcesem, ale nawiązaliśmy kilka interesujących, poszerzających horyzonty i tolerancję znajomości na przyszłość. I to jest chyba w tym wszystkim najważniejsze

Potem zaproponowano nam, że możemy zostać na okres próbny, ale nie będziemy nic pisać, a jedynie raportować jako faszyzm wszystkie posty na Facebooku, które z dowolnego powodu nam się nie podobają. Uznaliśmy, że choć możliwość nawiązania do dziedzictwa Pawlika Morozowa jest nad wyraz kusząca, to jednak widoków na zasiłek nie ma, a najbliższy nieprzepełniony squat dopiero pod Otwockiem. Potem jeszcze próbowaliśmy zapisać się do Korwina. Tam też nas nie chcieli, ponieważ słowo „Hitler” pojawiło się w liście motywacyjnym zaledwie cztery razy, ale to już materiał na zupełnie inną historię…

Katecheza #1917: Die Proletarier haben nichts in ihr zu verlieren als ihre Ketten. Sie haben eine Welt zu gewinnen. Proletarier aller Länder, vereinigt euch!

3 Comments

  1. Chodzi o to z członkiniami nie z jednorożcem 🙂 Bardzo zacne kontakty na przyszłość wydają się koledze…

Submit a comment