Jak przeżyć z Samorządem Studenckim

Jeśli chodzi o najbardziej bezużyteczne instytucje w historii szkolnictwa wyższego, to samorząd studencki o pierwsze miejsce bije się tylko z wykładami. Gdyby porównywać go do instytucji funkcjonujących w sferze publicznej to pod względem obciachu, korupcji, nepotyzmu, symonii i handlowania odpustami równać może się tylko z Polskim Stronnictwem Ludowym.

ETAP 1 – Kampania i Wybory

Na ten etap kampanii i wyborów składają się zasadniczo dwie grupy studentów. Pierwsza to kandydaci – zazwyczaj studenci czwartego roku, którzy psychicznie nie są jeszcze gotowi by „pójść naprzód”, znaleźć sobie w końcu jakąś uczciwą pracę, a może nawet hobby niezwiązane z przesiadywaniem w osiemnastowiecznym budynku od 8 rano do aż wygoni ochrona. Dla niepoznaki wciąga się do tego grona ze dwóch-trzech pierwszorocznych, którzy akurat przechadzali się pod bramą uniwerku i obiecuje im luksusy: darmową prenumeratę „Metra”, mocny wpis w CV na dobry początek.

Drugą grupę stanowią wyborcy. Jeszcze nigdy w historii studiów wyższych w wyborach do samorządu nie oddał głosu ktoś, kto ukończył drugi rok studiów. Nawet kandydujący czwartoroczni gardzą tą uwłaczającą procedurą, snując w tym czasie ambitne plany o uniwersyteckim radiowęźle (na politechnikach nawet próbują go zbudować ze strun gitary i puszek po konserwach, a koleżanka z WUM, która akurat zrobiła sobie sześciominutową przerwę od nauki, proponuje użycie jelita cienkiego).

Tak się śmiejemy ciągle z tej Politechniki, ale to oni będą wkrótce rządzić światem 🙁

Dla studentów pierwszego i drugiego roku wybory do samorządu studenckiego to naprawdę poważna sprawa, można wygrać życie. Miasto huczy od plotek, że ta kadencja będzie przełomowa, obali dziekana, zniesie egzamin z postępowania cywilnego, podniesie stypendia do średniej krajowej, a na elektów czeka blichtr, uznanie, szaleństwo dupeczek i nawet sama Magda Gessler będzie polewać im wódkę, gdy zawitają w Zakąskach, choć to przecież nawet nie jej lokal.

Choć niektórzy pomyślą, że zmyślamy, to i takie rzeczy się dzieją na studiach: studenci lubią organizować się w coś na kształt partii, które swego czasu zwykli nazywać od  kolorów, ale, jako że paleta powszechnie znanych barw też ma swoje ograniczenia (doszli do tego wniosku po tym jak „lista łososiowa” okazała się spektakularną klapą), teraz młodzi studenci wymyślają sobie jeszcze głupsze nazwy.

W starych dobrych czasach wybory wygrywała ta (ekhm) partia, która załatwiła tańsze piwo i wódkę. Niestety od kilku lat rywalizacja przeniosła się na serwisy społecznościowe, w związku z czym dziennie zaowocowało to mniej więcej 84 obrazkami jakiegoś Janusza z trzeciego roku wystylizowanego na Obamę (raz koleś autentycznie pomalował się na czarno) i napisem „HOPE”, a także setką interesujących debat np. pod zabawnymi filmikami z kotem, gdzie jedni obiecują drugi Harvard, a inni próbują dochodzić skąd wzięła się brzoza na chodniku między Kampusem Głównym, a Biblioteką.

I tak cały facebook tym zasrany. I wciśnij się w to człowieku z nową notką.

Wybory odbywają się z możliwie dyskretnej atmosferze, bo jeszcze faktycznie ktoś by na nie przyszedł i oddał głos na tych mniejszych januszy. Kandydaci biegają jak zwariowani w pobliżu urny i naganiają sobie potencjalnych wyborców oferując im kupony do Harendy i gwarantowaną trójkę na egzaminie z logiki. Niestety, co roku zdarzały się również nieprzyjemne incydenty. Studenci zgłaszali fałszowanie głosów, łamanie ciszy wyborczej, przebieranie śmietników za urny i masowo ginące z plecaków kanapki.

ETAP 2 – Kadencja

Mniej więcej w okolicy listopada, kiedy nowy samorząd zostaje wybrany, wszyscy zapominają o jego istnieniu. Do lamusa odchodzą też interesujące postulaty dotyczące poprawy jakości studiowania, a wydziałowe WiFi założone w czasie którejś tam z rzędu kampanii jak nie działało, tak nie działa od kilku lat (kolejna przewaga politechniki). Wpływowa organizacja, o którą było tyle dymu znów rozpaczliwie stara się ratować swój wizerunek poprzez takie akcje jak „Student Mikołajem”, gdzie kupuje między innymi kino domowe dla ośrodka dla niewidomych czy organizowanie imprez wydziałowych w podupadającym klubie szwagra. Pod Raszynem, ale za to z piwem po 5 złotych (tylko za okazaniem kuponów otrzymanych w czasie kampanii).

Katecheza #288: Jeśli chcesz uczynić swoje życie w czasie studiów wartościowym to zacznij robić notatki i wysyłać je po kolei wszystkim ludziom z USOS-a, ale – na Boga – nie kandyduj do samorządu.

0 Comments

  1. Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl).Ja sam nie należałem do żadnej oganizacji, oprócz koła biologów UJ, gdzie – w kanciapie koło naszego wydziałowego baru „Pratchawca” zwanego nie wiedzieć czemu „Parszywcem”, choć posiłki tam serwowane były ciepłe i smaczne -zajmowaliśmy się głównie grą w brydża. Ze mną nikt nie chciał w końcu grać, bo robiłem takie blefy, że ratowałem króle spod impasu swoją pokerową twarzą. Ale kiedy odszedł SZSP – Socjalistyczny Zwiazek Studentów Polskich obraźliwie nazywany ZSYP – em, a narodził sie NZS – Niezależne Zrzeszenie Studentów ja nadal nie ingerowałem w politykę tzn. robiłem zdjęcia do gazetek na marszach, przemówieniach i mszach, nosiłem bibułę ale to było nic w porównaniu z moim bratem – Pawłem, który od stanu wojennego do 1989 wydawał dwie gazetki podziemne (pisał artykuły, drukował u nas w piwnicy i kolportował) nic więc dziwnego, że został NZS – owskim baronem. NZS to był on. Pamietam, że kiedy w 1989 nastąpiło samozamknięcie się studentów na miasteczkach studenckich, gdzie wprowadzono prohibicję ja (choć jestem z Krakowa) zamieszkałem u mojego kumpla z Peru Josego Salguero Taco i urządziliśmy głośną imprezę, gdzie marihuna (własnego chowu) krążyła non stop, a wódka lałą się potokiem. W końcu przyszła do nas na 13 pietro Babilonu jakaś komisja i zaczęła nas strofować na co ja posłałem po mojego brata Pawła. On przyszedł i powiedzial do tej komisji -„Nikst nikst! – to mój brat i jego koledzy”, po czym usiadł z nami wypił kolejkę i odchodząc poprosił tylko żebyśmy ściszyli te nasze „Mniej niż zero” i „Huanę” Daabu. I sprawa była załatwiona. Taką moc miała wtedy przynależność do „Samozwańczego Samorządu Studenckiego” – NZS – u.
    Pozdrawiam Mirek

  2. Mikru niesamowita historia, jaram się jak cywile w syrji. Widzę że byłeś taki zbuntowany…

    • Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl) Dzięki…Szkoda, że ty masz tylko swoje nudne życie, w którym emocje kupujesz na DVD i kończą się one po zakończeniu seansu.
      Pozdrawiam Mirek

  3. Muszę przyznać, że Twoje doświadczenia z samorządem studenckim są dość smutne z tego co widzę. Dziwi mnie jednak poziom generalizacji.
    Sam działałem w samorządzie i nadal działam. W przypadku mojego Wydziału to jest akurat niezły zapieprz, bo nie kończy się na obietnicach wyborczych.
    Poza tym nie ma partii… jak ktoś chce coś robić to się angażuje w samorząd albo w inne organizacje działające na wydziale.
    Oprócz tego wykładowcy(a przynajmniej Władze Dziekańskie) na tym wydziale liczą się ze zdaniem studentów, których reprezentujemy i staramy się im pomagać.
    Organizacja imprez, obozów, zawodów sportowych to nie jest łatwa sprawa. Szczególnie jeżeli chce się ludzi zainteresować i zawsze, praktycznie zawsze trzeba sobie radzić z jakimiś „kryzysami” na ostatnią chwile.
    Zyskuje się trochę ogarnięcia życiowego.
    Poza tym jak to ujął mój kolega to fajnie jest nie traktować swojego wydziału jak fast foodu. Złapać co się da, jak najszybciej ucieć z tego miejsca. Może warto coś zostawić po sobie. Czy to jakaś tradycja, impreza cykliczna czy też wyjazd.

    Nie mówię, że to o czym piszesz jest nieprawdą. Bo spotykałem się też z partiami i karierowiczami w samorządach studenckich. Razi mnie jednak to, że nie wspominasz (może po prostu nie miałeś takowych) o pozytywach działalności samorządowej. Trochę zbyt wąskie ujęcie sprawy.

    Pozdrawiam

    ps. Wydział o którym mówię to Wydział Geografii i Studiów Regionalnych UW

  4. ale fotka 3 mlodziankow na gorze jest bezkonkurencyjna.
    nie moge od nich oderwac wzroku !

  5. Zgadzam się z postem! Weźmy choćby Usos- coroczne walki o to, żeby plan pojawił się choć tydzień przed rejestracja, a samorząd staje po stronie planistów i pierdoli, że szybciej się nie da. Raz zorganizuje szlachetną paczkę, ale żeby stypendia pojawiły się przed końcem pierwszego semestru, to już nie. Załatwia godziny dziekańskie w najbardziej bzdurnych terminach na świecie i nie potrafi wynegocjować zmian godzin otwarcia biblioteki wydziałowej!

  6. Patrząc na SS Uniwerku Rzeszowskiego gdzie ręka rękę myje, a przewodniczący SS mają od paru lat zawsze koło 30tki, coś jest na rzeczy 😉

Submit a comment