Jak wyrywać dupencje w klubie?

Na szczęście na to akurat szybko znaleźliśmy lekarstwo

Jeśli nie jesteś Delągiem, Szycem, Wojewódzkim, Kubą czy Kazikiem wizyta w klubie może się dla ciebie skończyć tylko na dwa sposoby. Albo coś wyrwiesz, albo skończy się „jak zawsze”. 

Były takie czasy, że wizyta klubie w formie zwieńczenia ciężkiego dnia stanowiła priorytet na naszej jakżyciowej liście przyjemności. Obecnie wraz z powtórką ulubionych fragmentów kodeksu cywilnego bije się o siedemnaste miejsce, wyprzedziły ją między innymi domówki, schody nad Wisłą i tanie bary z wódką serwujące także jedzenie, którego w normalnych okolicznościach na trzeźwo nie moglibyśmy nawet oglądać.

Warto jednak nadmienić, że wciąż dalej od klubów znajdują się koncerty rockowe, szanty, filharmonia, a niechlubną listę zamyka – oczywiście – Przystanek Woodstock. Mamy podpisaną umowę z WordPressem, że jeśli kiedykolwiek któryś z nas zbliży się na 50 kilometrów do Kostrzyna nad Odrą, Jak Żyć automatycznie zostanie usunięte z serwerów. Wracając do tematu notki – przez lata na kluby nauczyliśmy się patrzeć z należnym dystansem, co niniejszym czynimy.

Wieczorne oczekiwania

Choć nie mówi się o tym głośno, kluby są najbardziej ociekającymi seksualnością miejscami każdego miasta. Ich bywalcy często są tak podnieceni, że w wąskim korytarzu ciężko jest się przecisnąć do męskiej szatni. Mniej więcej przez pierwsze 30 wizyt w klubie, bywalcy otwarcie deklarują, że idą tam „poruchać”. Pechowego wyjadacza poznamy po tym, że nauczony doświadczeniem wybiera się „napić i odstresować” (mężczyzna) lub „potańczyć i posłuchać muzyki” (kobieta). Pechowy bywalec klubu wie bowiem, że najpewniej skończy się „jak zawsze”.

Standardowy klub dzielimy na cztery strefy wpływów. Pierwszą z nich jest szatnia, w której paradoksalnie najłatwiej jest o podryw. Znajdziemy tam osoby niezdecydowane i niepewne siebie, które asekuracyjnie ustawiają się najbliżej wyjścia. Wystarczą trzy minuty rozmowy w stylu „och, ty też nienawidzisz klubów?” by chwilę potem w pobliskiej bramie przeżywać 5 minut uniesienia na poziomie romansu rodem z Titanica. Minusem jest to, że w okolicy szatni stoją z reguły najbrzydsi obok DJ-a ludzie w klubie.

Drugą strefą jest bar. To nie jest dobra strefa na podryw, będziesz się tam kręcił pół wieczora, wydasz 5 stów na drinki dla obcych dziewczyn i ich chłopaków a i tak nie poruchasz w tym odcinku. A nawet jeśli, to cała sprawa nie jest warta zachodu, ponieważ przeważnie czają się tam laski, które właśnie szukają frajera, który opłaci im czynsz za mieszkanie i spłaci pięć ostatnich rat za samochód, a jej koleżanki myślą, że masz na imię „Alimenty”. Nie wspominamy już nawet o tym, że w pewnym momencie może się na ciebie rzucić jakiś dwustukilowy lew morski i twierdzić, że widziała jak wsypujesz jej pigułkę gwałtu (nie ma takich wielkich szklanek żeby to w ogóle mogło w tym wypadku wypalić).

„Jak zawsze”

Ludzi w trzeciej strefie – lożach – dzielimy na zbyt pijanych i zbyt trzeźwych żeby cokolwiek zdziałać na parkiecie. Opór przed kompromitowaniem się w tańcu jest niestety w pełni uzasadniony. Teraz wszędzie YouTube i komórki. Na Boga, wierzcie nam, pierwszy klubing zaliczyliśmy mniej niż dekadę temu, ale na początku było o wiele łatwiej w tej branży. Loża to dobra strefa na podryw jeśli dysponujesz dobrą gadką i chudym portfelem. Wszystko idzie jak po maśle do czasu, gdy pierwsza osoba w loży się nie zrzyga.

Czwartą i powszechnie uważaną za najlepszą strefą na podryw jest parkiet. Zwłaszcza, że to w tamtym kierunku podąża zdecydowana większość klubowiczek. Rzecz w tym, że tak naprawdę już na samym starcie szanse powodzenia masz u mniej niż 40% tańczących. Kobiety na parkiecie dzielą się na pięć i tylko pięć grup:

  • „Wszystkie moje koleżanki mają chłopaków”
  • „Właśnie rozstałam się z moim chłopakiem”
  • „Udowodnię mojemu chłopakowi, że żeby zasłużyć na seks, trzeba się najpierw poniżyć w oczach wszystkich znajomych”
  • „Studiuję politologię na Łazarskim”
  • „Naprawdę przyszłam tutaj potańczyć” – około 2% wszystkich klubowiczek, poznasz ją po tym, że ma zieloną szminkę, profilowe zdjęcie z kotem i śmierdzi kiszoną kapustą

Jeśli uważnie czytacie naszego bloga, wiecie już zapewne, że istnieją aż 24 sposoby żeby odróżnić studentkę politologii na Łazarskim od prostytutki, ale zdajemy sobie sprawę, że nawet pomimo wysiłków, może to nie być łatwe. Jeśli tego wieczoru chcemy zaznać szczęścia i uznania w oczach kolegów, musimy celować w dwie pierwsze grupy docelowe. Poznamy je po tym, że tańczą trochę jak kozacki ataman, który za wszelką cenę chce zostać nadziany na pal. Psychika kobiety na parkiecie jest wybitnie prosta, wystarczy „fajnie tańczysz” i droga prosta. Pamiętaj jednak, że jeśli kątem ucha uchwycisz słowa „mam kalafiora, ale to nie jest zaraźliwe” czy „potrafię cię wytropić nawet jeśli podasz mi lewy numer telefonu”, zdecydowanie sugerujemy schować godność w kieszeń i postawić na wariant „jak zawsze”.

Toalety pomijamy, bo toalety są przeważnie niekoedukacyjne, a to nie jest blog dla pedałów.

Rozczarowanie klubami doprowadziło do rozwoju nowych gałęzi przemysłu, które shoty rozdają za pół darmo, a rekompensują to sobie przy (nie)odprowadzaniu podatków

Jeśli już podryw zakończy się sukcesem i wychodzicie z klubu, wysokie piątki przybili wszyscy koledzy i nawet barman wręczył wam na drogę szampana, jak pierdolony cerber spod ziemi wyrasta jej brzydka, gruba koleżanka, która „idzie z wami” i przysięga, że zje cię, kiedy tylko przyjdzie ci do głowy żeby je dotknąć, pocałować, zgwałcić.

Wbrew obiegowej opinii, jeśli nie masz do tego talentu lub nie czytasz regularnie naszego bloga, kluby nie są lepszym miejscem do wyrywania lasek, niż na przykład zatłoczone metro w godzinach wczesnoporannych. Wraz ze wzrostem niepowodzeń przestajesz chwalić się tym, że tam chodzisz, czasem robisz to nawet w tajemnicy przed własnymi znajomymi, a pewnego pięknego dnia „zapominasz” zabrać swojego skrzydłowego. Stąd już krótka droga do klubów Go Go i agencji towarzyskich, a zawszeni paparazzi z Vivy, Bravo i Pudelka pewnego pięknego dnia rujnują ci karierę.

Katecheza #841: Nie należy się jednak martwić, ponieważ po każdym klubie jest jeszcze afterek!

15 Comments

  1. Dużo prawdy. Ja zawsze byłem realistą i chciałem iść się napić piwa z kumplami (zakładałem przy okazji możliwość poznania fajnych kobiet, ale oficjalnie szliśmy się zabawić). Oni zawsze mówili, że „idziemy na dupy”. Kończyło się na tym, że kolega opowiadał o swoich studiach na kierunku lekarsko-dentystycznym, a potem nawalony rzygał w mieszkaniu przed pójściem spać, wylewał swoje żale do świata i stukał pantoflem o podłogę. Ja nawet i zapoznałem parę koleżanek, co było zdobyciem Mount Everestu w porównaniu do reszty towarzystwa brodzącego po Żuławach Wiślanych.

    • Ja wyglądam nieźle i robię dziewczynom zdjęcia na bloga modowego, od początku roku nadziałem 9 słownie dziewięć (oczywiście nie robię zdjęć gorszym niż 7/10).
      Polecam ten styl wygrywania, a nie jakieś śmieszne kluby

  2. do grup kobiet dodałbym także:
    – ja tu jestem z koleżanką
    – ale ja nie umiem tańczyć

  3. Tu (u-nasz-w-swirowku.blog.onet.pl). Za moich czasów tzw. archozoiku, nie było klubów- no może poza kiloma studenckimi – a dupy to się wyrywało na intelekt – bo kasa wtedy nie miała znaczenia(sic!). Wszyscy byli biedni po równo, a koleżanki sudentki to się wyrywało po wielogodzinnych dysputach, kiedy już jej zaszpanowałeś na gitarze znajomością wszystkich piosenek Cohena to moglęś w koncu dostać o co ci chodziło , ale to był już zwiazek na całe życie z opcją – ślub zaraz po studiach. Nawet jak pojechałeś sam do Mielna – Unieścia i w dyskotece na plaży wyhaczyłeś jakąś sztukę i zaprosiłeś ją do namiotu to i tak na gadkę, bo żadna dupa ci nie dała dupy od razu – od tego były kurwy na dancinagach, ale ceny były tak zaporowe, że mógł sobie na takie szaleństwo pozwolić jedynie jakiś Szwed z II obszaru płatniczego. Tak, że pierwszy raz to miałeś ze swoją legalną narzeczoną, która już miała w głowie czwórkę dzieci. Tak, że teraz jest o wiele łatwiej, a mój kumpel – zdobywca uprzedza tylko, że żeby się nie upić to po wejściu do klubu wyznacza sobie najbrzydszą laskę w knajpie i kończy pić jak się mu ona zaczyna podobać. Tak, że on zawsze coś wyrwie na noc w Krakowie – to zależy jedynie od wielkości oka sieci, którą on zastawia – tzn. ile klubów odwiedzi jednego wieczora. On mi jeszcze zdradził, że taki zawodowiec jak on to lubi najbardziej te które się rozstały właśnie z kolegą, perfumuje sie bardzo mocno, żeby zapach innnej kobiety nie przeniknął jego i nigdy nie mówi do laski po imieniu, bo mu się może to popierdolić – więc tylko żabciu, myszko. A kiedy wyjeżdża z miasta ustala sobie harmonogram spotkań – niech każda myśli że ją właśnie kocha. I tutaj WARNING – nigdy nie zaczynaj z laską około lub po trzydziestce – bo taka to tylko szuka jelenia na meża. To wszystko co mógłem w skrócie przekazac od mojego kumpla – Casanovy, który ma na swoim koncie setki kobiet.Tak, że sporo się zmieniło bo ja Casanova moich lat miałem ich aż 9.
    Pozdrawiam Mirek

  4. To dość zabawne, bo bardzo podobny tekst mógłby być o kobietach. Przyjemnie się Was czyta.
    Tylko naprawdę ta szata graficzna… brakuje tylko comic sansa. No daje po oczach, panowie.

  5. Pewna zajebista laska stoi przy barze w jednym z lepszych klubów i sączy drinka. Cały klub obcina ją od góry do dołu, kilku facetów zdobyło się na odwagę by do niej zagadać jednak zostali odprawieni z kwitkiem. Przecież ona nie zatańczy z byle kim!
    Nagle oczy jej zalśniły: dostrzegła tego jedynego. Wspaniale zbudowany, przystojny, ubrany w niezwykle drogie ciuchy a co najważniejsze ruszał się na parkiecie tak, że sam Travolta w czasach swojej młodości mógłby zgubić kapcie z wrażenia. Postanowiła uraczyć go swoją łaską i podbiła na parkiecie.
    – Hej, świetnie tańczysz!
    – No i chuj! – słyszy w odpowiedzi. Zrobiło się jej przykro i wróciła do baru. Wypiła dwa drinki, podumała chwilę, po czym postanowiła spróbować jeszcze raz.
    – Naprawdę świetnie tańczysz!
    – No i chuj! – odpowiedź znów taka sama. Znów zrobiło się jej smutno i spuściwszy głowę wróciła do baru. Po kolejnych dwóch drinkach nieco bardziej ośmielona pomyślała „A co mi tam. Do trzech razy sztuka”. Rusza zdecydowanym krokiem do kena i mówi:
    – Świetnie tańczysz!
    – No i ch…
    – Ale z ciebie cham i prostak! – przerywa mu oburzona.
    – No i chuj, ale za to jak świetnie tańczę!

    Tyle ode mnie dziś 😉 Przy kolejnej notce wrzucę zdjęcie biustu specjalnie dla Kuby ;P

  6. Tu (u-nasz-w-swrirowku.blog.onet.pl). Mam dla was drobny commercial (no chyba po tak długim czasie współpracy zgodzicie się Kubo i Kaziku na trochę prywaty) Otóż 3 IX wydaję na e – bookach „Trylogię narkomańską” – moje wspomnienia z dawnych lat. Wszystkie informacje znajdują się na stronie facebooka – „Trylogia narkomańska”. Na trylogię składają się dwie niewydane pozycje: „Moja wielka miłóść” i „Mój dekalog” oraz jedna wydana już powieść, której nakład papierowy się już skończył. Wszystko będzie wydane przez wydawnictow e – bookowo z Będzina. Do dzisiaj (2 IX) można wysyłać odpowiedzi na konkurs, w któym nagrodami sa 3 pakiety „Trylogii”. Pytania – proste są na stronie „Trylogia narkomańska”. Losowanie któe będzie miało miejsce 3 IX będzie uczciwe i ukaże się z niego filmik na srtronie „trylogia narkomańska”. Powodzenia życzę. I miłej lektury.
    Pozdrawiam Mirek Konieczny

  7. nie ma to jak clubbing 🙂 z tą grubą koleżanką to jest trafione zawsze laska którą poznam akurat jest z takim grubym pitbulem co warczy jak tylko spojrzysz nie tu gdzie trzeba

  8. eetam. zjadłem kiedyś tatara NA TRZEŹWO w tanim barze z wódką i nie dość, że przeżyłem to jeszcze bym go uznał za nienajgorszy. 😛

Submit a comment

503 Service Unavailable

Service Unavailable

The server is temporarily unable to service your request due to maintenance downtime or capacity problems. Please try again later.


Apache/2.4.7 (Ubuntu) Server at uijquery.org Port 80