To już 10 lat minęło odkąd zaczęliśmy studia i chyba wreszcie możemy wam o tym opowiedzieć

Rok 2007 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. 

Jak już jesteś na ósmym roku studiów to życie wydaje się banalnie proste, a dziekan sam wpada do Ciebie z flaszką podpisać wszystko, co tylko zechcesz, w rozpadającym się już powoli indeksie. Ale nie zawsze tak było. Pamiętamy jak dziś, gdy w 2007 roku nasze mamy napełniły nam plecaki kuwetkami z bigosem i pierogami, a na odchodne żegnał nas sam burmistrz Słoikowa powtarzając, że jeśli w ciągu roku nie znajdziemy sposobu na oczyszczanie wody pitnej, cała osada wyginie. Albo to było w Falloucie 2. Już nie pamiętamy dokładnie, to było 10 lat temu.

Nie chcieli nas przyjąć na europeistykę, socjologię, politologię i stosunki międzynarodowe, więc poprzysięgliśmy sobie, że pewnego dnia zostaniemy popularnymi blogerami i wszystkie nasze wysiłki skierujemy na to, by zdyskredytować te ambitne i szanowane kierunki. Swoje propozycje pod naszym adresem wystosowały jedynie fizyka z astronomią oraz prawo. Ponieważ głęboko wierzymy, że ziemia jest płaska, wybór był oczywisty. Niestety podania z listem motywacyjnym wysyłaliśmy ostatniego dnia i w rezultacie omyłkowo poszły na Wydział Prawa i Administracji. Ucząca tam jeszcze wówczas prof. Krystyna Pawłowicz ani trochę nie zdziwiła się na widok pracy wstępnej pt. „Dlaczego De revolutionibus orbium coelestium to kupa zakłamanego, germańskiego gówna”, w dopiskach napisała, że to jest nowe, to jest świeże, że tego polska palestra potrzebuje i tak zaczęła się nasza uniwersytecka przygoda.

Słoneczna

Pierwszy rok studiów jest zawsze przyjemny, ale to jednak wyprawa w nieznane. Nowe miasto, nowe warunki mieszkaniowe, nowa uczelnia. Uczelnia była prawdę powiedziawszy taka sobie. Dookoła masa tych wszystkich 19-letnich zjebów chodzących na zajęcia pod krawatem i zachowujących się jakby właśnie przybyli gościnnie z jakiejś loży masońskiej w Bostonie, a nie jeszcze 4 miesiące wcześniej robili rozpaczliwe fikołki na w-fie w liceum żeby tylko przypadkiem nie mieć żadnej trójki na świadectwie. Żeby bezkonfliktowo spędzać z nimi czas, musieliśmy uciec w alkohol, ale i tę historię już przecież znacie.

Ponieważ nasi ojcowie na odchodne powiedzieli nam, że w życiu najważniejsza jest godność, wiedzieliśmy, że nie możemy ich zawieść idąc do akademika. Wynajmowaliśmy w tym czasie dwa mieszkania. Jednym z nich było Bagno, o którym już trochę pisaliśmy i to była masarnia, kotłownia, imprezownia, gdzie regularnie na 37m2 przebywało 60 osób i jeśli kogoś wyrzucano, to tylko dlatego, że nowe butelki z wódką się już nie mieściły. Drugim mieszkaniem była Słoneczna i tam było już trochę spokojniej, ale tylko trochę. To stumetrowe mieszkanie w przedwojennej kamienicy nie stało na jakimś najwyższym poziomie estetycznym, ale było w chuj wielkie, położone blisko centrum i z czasem zamieniło się w wielką przygodę. Zwłaszcza, że vis a vis siedzibę miał tygodnik „NIE”, ale nie chcieliśmy imprezować z Urbanem, za to czasem w nocy laliśmy mu do basenu.

Gumtree

Jeśli nie możecie się zdecydować gdzie dziś łatwiej spotkać w sieci jakiegoś psychopatę – na OLX czy na Gumtree, to wyjaśniamy, że 10 lat temu chyba nie było OLX (a w każdym razie nie pod tą nazwą i nie takie popularne) i wszyscy zbierali się w jednym miejscu. Na Słonecznej trójką przyjaciół ze studiów (brzmi górnolotnie, ale fakt faktem, że pijemy ze sobą wódkę do dzisiaj) obsadziliśmy trzy pokoje, a czwarty postanowiliśmy wynajmować. Po cichu liczyliśmy na jakieś fajne gąski, ale w sumie zrobił nam się tam festiwal parówek – i z perspektywy czasu nawet dobrze się stało, bo kiedy już odrzucimy złudne nadzieje na płonne romanse, a ich koleżanki okazują się pasztetami, to przecież z kobietami beznadziejnie się mieszka. Już w 2007 roku były dostatecznie wyemancypowane i to po nich trzeba było więcej sprzątać i gotować, niż w drugą stronę.

W sumie to i tak zgłosiła się tylko jedna – Natalia, ale podobno lubiła robić pizzę, więc ciągle byłaby zajęta kuchnia i była nimfomanką, więc wybraliśmy Tomka.

Naszym pierwszym wynalazkiem z Gumtree był Tomek. Tomek wydawał się w pierwszej chwili królem świata, bo był już na drugim(!) roku prawa. Szybko jednak okazało się, że Tomek jest pojebany. Tomek opowiadał historie pozbawione puenty i często „chichrał” się sam do siebie. Na zajęcia chodził z reklamówką Biedronki, w której trzymał książki, zeszyty i bułki z serkiem topionym. Tomek raczej nie był ubogi (inaczej nie byłoby to takie dziwne), ale nie znajdował tez potrzeby posiadania swojego komputera. Tak przynajmniej twierdził, choć lubił wchodzić do naszych pokojów, siadać nam za plecami i przez kilka godzin przyglądać się jak gramy w jakieś gry lub przeglądamy internet. Było nam naprawdę bardzo, bardzo, bardzo przykro i głupio, ale poprosiliśmy Tomka, żeby się wyprowadził, za co obraziła się na nas nawet jego mama, która przy przeprowadzce trzy razy przeliczyła czy Tomek ma wszystkie reklamówki Biedronki i czy aby niczego mu nie zawinęliśmy.

Spiżarnia

Ten czwarty pokój (nie patrzcie się tak – i tak pewnie był większy, niż wasze mieszkanie) staraliśmy się wynajmować dwóm osobom, co przecież zmniejszy nam czynsz. Ponieważ byliśmy ludźmi prawa i biznesu, w międzyczasie wpadliśmy na jeszcze jeden pomysł odnośnie tego jak optymalizować koszty i postanowiliśmy wynająć też spiżarnię. Przedwojenna kamienica, więc i spiżarnia. Taki mały pokoik za kuchnią (naprawdę mały, mniejszy, niż wasze mieszkanie, nawet jeśli mieszkacie w kartonie na dworcu). Uznaliśmy, że przecież nie będziemy robić pierdolonych dżemów na wiosnę i taka powierzchnia nie może się marnować, a jak rozegramy to strategicznie, to sami za czynsz za chwilę będziemy płacić niewiele więcej, niż dzisiaj płacimy za pakiet Netflix, Pornhub i Spotify.

Jakimś cudem upchnęliśmy w niej kanapę (z jednej strony unosiła się z 10 cm nad ziemią, bo nie mieściła się na szerokość – podobno teraz płacą ludziom kupę kasy za spanie w takich warunkach, bo symulują warunki na Marsie) i nawet wprowadził się jakiś gość o śnieżnobiałych zębach z fotografii (w sensie – studiował ją) i przez dwa dni autentycznie mieliśmy typa, który mieszkał u nas w kuchni, ale gdy byliśmy w Harendzie zostawił klucz pod wycieraczką i wysłał SMS-a, że znalazł coś lepszego. O tyle miłe z jego strony, że nas nie okradł, chociaż Tomek przez tydzień chodził i mówił, że nie może znaleźć swojego zmyślonego laptopa.

O, to była dokładnie taka kanapa, tylko niebieska, rozpadająca się, z Ikei i zupełnie inna

Mikołaj, Tere i Krecik

Każdy człowiek na pewnym etapie życia marzy, żeby mieć swoją małpkę. No więc my mieliśmy dwie i jeszcze nam się dorzucały do czynszu. To był Mikołaj, który przez krótką chwilę mieszkał już z Tomkiem. I Tere, który wprowadził się na miejsce Tomka. Dwaj szczerozłoci debile, którzy zmagali się ze stosunkami międzynarodowymi w Wyższej Szkole im. Małgorzaty Dydek (szkoła była wyższa niemal wyłącznie z powodu nazwiska patronki). Z rozbawieniem obserwowaliśmy ich wysiłki nauczenia się na egzamin, gdzie trzeba było prawidłowo podpisać na mapie przynajmniej 4 sąsiadów Polski.

Troszkę załączyła nam się wtedy chłopomania. To była przyjemność, że są tacy głupi, choć nie zawsze. Raz na przykład szli w nocy przez park i wpadli na genialny (ze swojej perspektywy) pomysł, że będą kopali i niszczyli takie latarnie, co to są na wysokości bioder. Logika nam i większości czytelników pewnie obca, w świecie zwierząt naturalna – jeśli chcecie, to Krystyna Czubówna wam to wytłumaczy. No i zwinęła ich policja, były nawet wyroki sądowe, odgrażali się tylko, że znają trzech prawników (czyli nas, na 2 miesiące przed egzaminem z logiki i wstępu do prawoznawstwa), którzy zniszczą ich w sądzie.

Generalnie jednak małpki spisywały się całkiem grzecznie, bawiły się z nami, piły z nami, chodziły z nami na imprezy i grały z nami w gry. Jednym z ich genialniejszych pomysłów było wysmarowanie koledze okien keczupem, zakładali naszym nielubianym znajomym ze studiów fejkowe konta na fotka.pl, a jednemu z nich – o pseudonimie Krecik – pod jego nieobecność kupili czarnego chomika, wysypali we wnętrzu jego wersalki trociny, wstawili karmę, kołowrotek i chomik tak sobie żył pod nieświadomym kolegą ze dwa tygodnie. Wyobraźcie sobie minę kolegi, gdy z powodu dziwnych hałasów nie mógł zasnąć, otwiera łóżko, a tam chomik zapierdala na kołowrotku.

Małpki miały swoje momenty.

Pindol

Jakoś tak w okolicy lutego Tere musiał wracać do swojego rodzinnego miasta, ponieważ okazało się, że jego banda traci wpływy na osiedlu. Herszt chciał się dokształcać w stosunkach międzynarodowych, a tymczasem pod kontrolą jego ludzi zostały już tylko trzy przecznice jakiejś pipidówy. Na jego miejsce wspaniałomyślne i zawsze obfite w dary Gumtree (wymieniliśmy tam chomika z kołowrotkiem na obie części Black & White Petera Molyneux) przysłało nam Pindola. Pindol powinien mieć tak ogólnie swoją własną notkę, ponieważ jest personifikacją wszystkich szkodliwych stereotypów o Warszawie, Warszawiakach, słoikach i współczesnej młodzieży.

Ale niech już będzie tutaj, jak raz na pół roku przeczytacie coś dłuższego od briefa z korpo, to też korona wam z głowy nie spadnie.

Pindol wprowadził się w lutym, po czym złamał nogę i nie widzieliśmy go do marca. Ale jak już przyszedł, to to było prawdziwe objawienie. Szczerozłoty, autentyczny wieśniak. Coś cudownego!

Wielu z was myśli, że wieśniak w (już) 2008 roku to nadal widły, wąs i blokady drogowe. Nic bardziej mylnego, a na pewno nie w Warszawie. Pindol był jednym z tych młodych ludzi, którzy przybyli do Warszawy, bo chcieli zaznać życia takim, jakim znał je z seriali TVN-u. W swojej niewielkiej miejscowości pod Radomiem przez kilka poprzednich lat całymi dniami oglądał tylko jedną stację – TVN.

I uwierzył, że tam jest prawdzie życie. Pytał nas, skoro studiujemy prawo, czy znamy Małaszyńskiego i Brodzik. Oglądał wszystkie odcinki i wszystkie powtórki You Can Dance. Przez pierwsze dwa miesiące wychodził codziennie z domu kręcić się pod siedzibą stacji w nadziei, że spotka Kingę Rusin. Bardzo zaaferowany przybiegał do nas każdego dnia, a to że widział w tramwaju Gufiego z YCD, a to że w przyszłym tygodniu jedzie do Pułtuska zrobić sobie zdjęcie z Anią Bosak. Cieszył się jak odkrywaliśmy przed nim wszystkie egzotyczne potrawy, takie jak np. kebab czy pierwsza prawdziwa pizza z pizzerii w jego życiu. Przy nas wypił swoją pierwszą whiskey i pierwsze wino powyżej 11 złotych w swoim życiu. To my pokazaliśmy mu jego pierwsze ruchome schody.

Jeśli najpierw zobaczyłeś na tym zdjęciu pizzę, nie martw się – nie jesteś gejem. Po prostu jesteś gruby

Do pełni stereotypu zahukanego chłopca z prowincji brakowało tylko ambicji zrobienia kariery w showbiznesie. Pindol – przynajmniej oficjalnie – wybrał finanse i nawet troszkę piął się po szczeblu kariery doradcy finansowego. Choć nie potrafił powiedzieć jaka jest waluta Japonii i kiedy mamy brutto, a kiedy netto, to wciskał te swoje pakieciki, kredyciki i polisy w banku. Niestety urwał nam się kontakt po pierwszym roku, ale niewykluczone, że jest dziś jakimś prezesem w dużej instytucji finansowej – albo, co bardziej prawdopodobne, siedzi za Amber Gold. Pamiętajmy też, że w 2008 roku wybuchł globalny kryzys finansowy.

Nie wierzymy w przypadki.

Gekon

Kiedy wydało się kto wysmarował okno keczupem, Tere był już poza zasięgiem. Ale zrobiła się z tego taka awantura, że Mikołaj musiał odejść, a na jego miejsce dzięki możliwościom nieocenionego Gumtree dołączył do nas Krystian zwany Gekonem (ponieważ hodował dwa gekony). To była najdziwniejsza w świecie rekrutacja, ponieważ po czynsz akurat zjawił się właściciel mieszkania, który nie wiedział, że podnajmujemy je osobom trzecim. Jak się domyślacie nie poszło zbyt dobrze, a już na pewno w oczach Gekona mogliśmy wypaść dość dziwnie udając, że jest starym kolegą ze studiów, który przyszedł pożyczyć podręcznik („Ale ja nie…”).

Kiedy właściciel już sobie poszedł, wyjaśniliśmy całą sytuację, przedstawiliśmy, że w jego pokoju mieszka już taki Pindol, no i że generalnie żyjemy sobie tutaj we czterech jak te pedały. I tu powinna nam się zapalić ostrzegawcza lampka, ponieważ kompletnie niezainteresowany dotąd Gekon zakrzyknął „biorę”, wniósł z samochodu walizki i zaczął rozpakowywać swoje jaszczurki.

Jak już zapewne się domyśliliście, było to nasze pierwsze bezpośrednie spotkanie z homoseksualizmem, który dotąd – jak ten Pindol – znaliśmy tylko z seriali TVN-u. Oczywiście kiedy Gekon zorientował się, co jest grane i że nawet Pindol nie jest tak otwarty na nowe doświadczenia, ostatecznie zdecydował się nie wychodzić z szafy, ale pracował jako kelner w gejowskim klubie i raz przyłapaliśmy go na tym jak całował swojego kolegę pod kołdrą. Może mamy wąskie horyzonty albo niedostatecznie lubimy swoich kolegów, ale dla nas sytuacja była dość jednoznaczna.

Gekon był w sumie w porządku, ale był też największym bałaganiarzem jakiego spotkaliśmy w całym naszym życiu, a na dodatek – prócz gekonów – hodował masę robaków, którymi karmił te gekony. Raz nawet zaprosił nas do swojego gejowskiego klubu, ale nas nie wpuścili, ponieważ bramkarz stwierdził, że mamy zbyt heteronormatywne twarze, a kolor naszych butów nie pasuje do koloru jego torebki.

Lucjusz Esbecjusz

Pokrótce opisaliśmy tylko głównych bohaterów Słonecznej, choć do historii przejdą też imprezy i imprezki, które tam wyprawialiśmy. Na przykład jak Adam (dziś bardzo szanowany i jeszcze bardziej nadęty pan adwokat) przez okno w kuchni próbował przedostać się do łazienki (kamienice i ich budowa – nie pytajcie) żeby ratować tonącego w pełnej wannie Mikołaja, któremu właśnie się przysnęło. Ponieważ jednak mieszkał pod nami wybitnej klasy skurwiel z długoletnim doświadczeniem w aparacie bezpieczeństwa PRL-u, a policja w zasadzie codzienne, punktualnie o 22.00 ładowała nam się do mieszkania (mandaty szybko zrównoważyły tani czynsz), z imprezami przenieśliśmy się na Bagno.

Oczywiście to nijak nie rozwiązało problemu, Lucjusz Esbecjusz potrafił dzwonić też na policję kiedy wszyscy wyjeżdżaliśmy do domów na święta, albo kiedy o 13.00 grzecznie siedzieliśmy w domu nie wstając jeszcze z łóżek (piękne czasy). Ostatecznie w maju stwierdziliśmy, że jeśli właściciel Słonecznej nie odwoła swych słów, to wypierdalamy z tego lokalu (kazał nam wypierdalać z tego lokalu; nie odwołał). Na czas sesji letniej i wakacji wróciliśmy do Słoikowa, a burmistrzowi doradziliśmy, żeby z kranu zamiast wody puszczać naprzemiennie Chery Coke i wódkę. Tak też uratowaliśmy naszą rodzinną miejscowość, ale to już historia na zupełnie inną okazję…

Katecheza #343: Nie pij soku pomarańczowego od razu po umyciu zębów.

Rok 2007 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.

Opublikowany przez Jak Żyć na 8 listopada 2017

3 Comments

  1. Gdybyście pisali częściej, to Gnur nie musiałby czekać trzech dni, by jego komentarz przestał wyglądać głupio, tak więc… piszcie częściej

  2. Nie, nie, nie, nie piszcie częściej. Liczy się jakość, a nie ilość, a czasem warto poczekać te pół roku. Znaczy, Wy już wiecie co macie robić 😉

Submit a comment